Milano & Bitonto via Slovacchia ed Ungheria 2025

1. Wrocław Główny, 21.05.2025. Międzynarodowy pociąg InterCity „Galicja” ze stacji Berlin Gesundbrunnen do Przemyśla, przez Opole Główne, Kędzierzyn-Koźle, Gliwice, Katowice, Kraków Główny, Tarnów, Brzesko-Okocim, Dębicę, Rzeszów Główny, Jarosław, wjeżdża na tor 5  przy peronie 3.

Kiedy lato chyli się ku końcowi, wydaje się, że warto przywołać wspomnienia. Jednak nie lato 2025 r. będzie przedmiotem opowieści podróżniczej, którą chcę rozpocząć. Podróż z Polski do Italii, której poświęcam ten opis, miała miejsce, tak jak rok, dwa i trzy lata wcześniej, w pełni wiosny. W rzeczonym 2025 r. za cel obrałem sobie, również nie po raz pierwszy, jedno z miast na terenie Apulii, mianowicie Bitonto. Stanowiło to rodzaj podróży sentymentalnej, bowiem początkowy jej etap wieść miał dokładnie tak samo jak przed blisko ćwierćwieczem wiodła trasa, jaką udałem się w czteroosobowym towarzystwie do Rumunii. Dokładnie pamiętam, jak pierwszego dnia owej młodzieńczej samozwańczej wyprawy przekraczaliśmy granicę Polski ze Słowacją w Zwardoniu. W tej ostatniej miejscowości przygranicznej zaplanowałem pierwszy postój z noclegiem na początkowym etapie podróży do Italii, o której piszę. Wsiadłem więc 21 maja 2025 r. na stacji Wrocław Główny do pociągu InterCity „Galicja”, złożonego z lokomotywy EU44 i wagonów PKP serii B11mnouz, B9mnopuz, B10bmnouz A9mnouz, którym zamierzałem dotrzeć do Katowic, a stamtąd bezpośrednio do obranego na ten dzień celu.

          Zaskoczę nieco faktem, iż opis podróży z przełomu maja o czerwca 2025 r. może być nieco skromniejszy niż poprzednie, a może i chwilami nieco chaotyczny. Wynika to z drastycznej zmiany w życiu zawodowym i na jej skutek mniejszego zasobu czasu wolnego. Pod koniec 2024 r. zaprzestałem pracy na etacie i, mówiąc kolokwialnie, „przeszedłem na swoje”. Zmiana, o której piszę żadną miarą nie nastąpiła z mojej woli. Nie o to chodzi, że rzuciłem pracę etatową „bo mi się znudziło”, „bo chciałem być sam sobie sterem i okrętem” czy coś podobnego. Opuściwszy szeregi biblioteki akademickiej znalazłem zatrudnienie w niewielkiej (liczącej nie więcej niż 25–30 osób) korporacji, za relatywnie dobrą płacę. Wielką nadzieję żywiłem, że uda mi się tam zostać na chociaż kilka lat. Jednakże po zaledwie roku, a co gorsza, miesiąc po otrzymaniu umowy rzekomo na czas nieokreślony wraz z podwyżką… uroczyście oznajmiono mi, że czeka mnie zwolnienie, „bo się pozmieniało”. Zdołałem po miesiącu przerwy znaleźć nowe zatrudnienie z płacą porównywalną, ale… od samego początku wiedziałem, że dobrych rokowań nie ma. Zatem kiedy po kolejnej połowie roku otrzymałem wypowiedzenie, nadal przystąpiłem do poszukiwań i wysyłania zgłoszeń. Nic się jednak nie zmieniło, wobec czego podjąłem decyzję o samozatrudnieniu w ramach inkubatora przedsiębiorczości. Ukończyłem kurs korekty tekstów, następnie kurs tłumaczenia, kilka szkoleń z dziedziny redakcji tekstów i… tym sposobem zostałem freelancerem. Inkubator przedsiębiorczości lub inaczej startup to nie to samo, co własna jednoosobowa firma wpisana do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEiDG), lecz generująca znacznie mniejsze koszty alternatywa. Oczywiście praca na startupie, w porównaniu do wspomnianego wyżej „prawdziwego” samozatrudnienia ma swoje słabe strony, ale w przypadku braku pewności dochodów w skali danego miesiąca zdecydowanie można ją polecić. W moim przypadku problemem numer jeden okazał się deficyt kontrahentów. Ratowały mnie jedynie spore oszczędności, a zleceń na tłumaczenie, korektę bądź redakcję otrzymywałem katastrofalnie mało. Zatem w czasie, gdy rozpocząłem podróż do Italii, tkwiłem w dyskomforcie i stagnacji. Sytuacja zaczęła się bardzo powoli zmieniać na lepsze dopiero w lipcu i sierpniu 2025 r.  

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz