Kiedy
lato chyli się ku końcowi, wydaje się, że warto przywołać wspomnienia. Jednak
nie lato 2025 r. będzie przedmiotem opowieści podróżniczej, którą chcę
rozpocząć. Podróż z Polski do Italii, której poświęcam ten opis, miała miejsce,
tak jak rok, dwa i trzy lata wcześniej, w pełni wiosny. W rzeczonym 2025 r. za
cel obrałem sobie, również nie po raz pierwszy, jedno z miast na terenie
Apulii, mianowicie Bitonto. Stanowiło to rodzaj podróży sentymentalnej, bowiem
początkowy jej etap wieść miał dokładnie tak samo jak przed blisko
ćwierćwieczem wiodła trasa, jaką udałem się w czteroosobowym towarzystwie do
Rumunii. Dokładnie pamiętam, jak pierwszego dnia owej młodzieńczej samozwańczej
wyprawy przekraczaliśmy granicę Polski ze Słowacją w Zwardoniu. W tej ostatniej
miejscowości przygranicznej zaplanowałem pierwszy postój z noclegiem na
początkowym etapie podróży do Italii, o której piszę. Wsiadłem więc 21 maja
2025 r. na stacji Wrocław Główny do pociągu InterCity „Galicja”, złożonego
z lokomotywy EU44 i wagonów PKP serii B11mnouz, B9mnopuz,
B10bmnouz A9mnouz, którym zamierzałem dotrzeć do Katowic,
a stamtąd bezpośrednio do obranego na ten dzień celu.
Zaskoczę nieco faktem, iż opis podróży
z przełomu maja o czerwca 2025 r. może być nieco skromniejszy niż poprzednie, a
może i chwilami nieco chaotyczny. Wynika to z drastycznej zmiany w życiu
zawodowym i na jej skutek mniejszego zasobu czasu wolnego. Pod koniec 2024 r.
zaprzestałem pracy na etacie i, mówiąc kolokwialnie, „przeszedłem na swoje”. Zmiana,
o której piszę żadną miarą nie nastąpiła z mojej woli. Nie o to chodzi, że
rzuciłem pracę etatową „bo mi się znudziło”, „bo chciałem być sam sobie sterem
i okrętem” czy coś podobnego. Opuściwszy szeregi biblioteki akademickiej
znalazłem zatrudnienie w niewielkiej (liczącej nie więcej niż 25–30 osób)
korporacji, za relatywnie dobrą płacę. Wielką nadzieję żywiłem, że uda mi się
tam zostać na chociaż kilka lat. Jednakże po zaledwie roku, a co gorsza, miesiąc
po otrzymaniu umowy rzekomo na czas nieokreślony wraz z podwyżką… uroczyście
oznajmiono mi, że czeka mnie zwolnienie, „bo się pozmieniało”. Zdołałem po
miesiącu przerwy znaleźć nowe zatrudnienie z płacą porównywalną, ale… od samego
początku wiedziałem, że dobrych rokowań nie ma. Zatem kiedy po kolejnej połowie
roku otrzymałem wypowiedzenie, nadal przystąpiłem do poszukiwań i wysyłania
zgłoszeń. Nic się jednak nie zmieniło, wobec czego podjąłem decyzję o
samozatrudnieniu w ramach inkubatora przedsiębiorczości. Ukończyłem kurs
korekty tekstów, następnie kurs tłumaczenia, kilka szkoleń z dziedziny redakcji
tekstów i… tym sposobem zostałem freelancerem. Inkubator przedsiębiorczości lub
inaczej startup to nie to samo, co własna jednoosobowa firma wpisana do
Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEiDG), lecz generująca
znacznie mniejsze koszty alternatywa. Oczywiście praca na startupie, w porównaniu
do wspomnianego wyżej „prawdziwego” samozatrudnienia ma swoje słabe strony, ale
w przypadku braku pewności dochodów w skali danego miesiąca zdecydowanie można
ją polecić. W moim przypadku problemem numer jeden okazał się deficyt
kontrahentów. Ratowały mnie jedynie spore oszczędności, a zleceń na
tłumaczenie, korektę bądź redakcję otrzymywałem katastrofalnie mało. Zatem w czasie,
gdy rozpocząłem podróż do Italii, tkwiłem w dyskomforcie i stagnacji. Sytuacja
zaczęła się bardzo powoli zmieniać na lepsze dopiero w lipcu i sierpniu 2025 r.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz